MOJA DIETA / MOJA HISTORIA

autor Kasia

MOJA DIETA, czyli co właściwie jem i dlaczego to takie skomplikowane

W sumie fajnie byłoby się jednoznacznie określić, wybrać jakąś stronę i żyć dalej. I do ludzi lepiej trafić i w grupie raźniej. Najprościej by było napisać jestem weganką, jem bezglutenowo, albo paleo to moje życie. Ale życie lubi robić „podśmiechujki”. Moja brzuszna historia nie pozwala opowiedzieć się jednoznacznie po jednej ze stron. Nie zdziwcie się zatem, że między wegańskimi przepisami pojawi się czasem paleo obiad ze stekiem lub jajecznicą. Tak jednak musi być i postaram się napisać dlaczego. Przy okazji tego przedstawię skład mojej spiżarni.

Około 4 lat temu, ze względu na ciągle problemy trawienne i kłopoty z tarczycą, postanowiłam wyeliminować z diety nabiał i gluten.

Dużo o tym czytałam i postanowiłam działać. Z tym pierwszym rozstałam się z mniejszym bólem. Jedzony codziennie, wyraźnie mi szkodził i powodował rewolucje żołądkowe. Stopniowo nauczyłam się żyć bez nabiału i gotować z udziałem jego wegańskich zastępników. Z glutenem było gorzej. Ksywka „bułeczka” z dzieciństwa może wam tu coś podpowiedzieć 😉 Kochałam pszenicę i zdrowo z nią przesadzałam. W kolejnym kroku postanowiłam się pożegnać i z nią, w czym utwierdziła mnie dodatkowo wizyta u dietetyka i testy na nietolerancje pokarmowe. Nie mam celiakii i przyznaje się, że robię sobie „glutenowe” wakacje i wtedy grzeszę na całego.

Niedawno dowiedziałam się, że system żywienia, który wypracowałam sobie w ostatnich 2 latach, ma nawet swoją nazwę – dieta pegan (paleo+vegan), czyli połączenie tego, co teoretycznie najlepsze z dwóch różnych systemów żywieniowych. Jak się okazuje, te skrajnie różne podejścia do tematu mają wiele punktów wspólnych. Stąd w mojej kuchni z jednej strony wartościowe, bezglutenowe zboża, zdrowe tłuszcze roślinne, orzechy, pestki, nasiona oraz warzywa i owoce, z drugiej strony dobrej jakości mięso, ryby, jaja i tłuszcze zwierzęce. Wykluczony jest nabiał, rafinowany cukier i złe tłuszcze roślinne, a zboża, strączki, naturalne słodkości czy mięso mają być stosowane z umiarem.

W tym wszystkim ważne są proporcje i ładunek glikemiczny każdego produktu. To warzywa powinny zawsze stanowić podstawę talerza. Więcej o tzw. Pegan Diet i podejściu do poszczególnych składników możecie przeczytać u twórcy tego pojęcia dr Marka Hymana, który uważa, że to może być najzdrowsza dieta świata 🙂

Niezwykle ważną częścią każdego zdrowego jadłospisu są rośliny – warzywa i owoce.

I tu jest pies pogrzebany. Najgorzej trawię tą grupę produktów. Chwilowe przejście na weganizm skończyło się frustracją i płaczem. I nie chodzi tu wcale o surowiznę, ale każdą ich postać zmiksowaną, gotowaną, pieczoną…no lipa. Szkopuł w tym, że nie trawię tzw. FODMAPS (skrót od Fermentujące Oligo-, Di- i Mono-sacharydy oraz Poliole) i to na dodatek chyba wszystkich grup cukrów: fruktozy, laktozy, fruktanów (np. warzywa kapustne, czosnek, por), polioli (np. jabłka, gruszki, wiśnie i słodziki takie jak ksylitol), galaktooligosacharydów (strączki, pistacje, nerkowce). Lista zakazanych produktów jest BAARDZO długa. Jeśli wiesz, co to jelito drażliwe to przybij piątkę.

W przypadku niektórych grup produktów mam łagodniejsze objawy i pozwolę sobie na kawałek danego owocu/warzywa, w niektórych przypadkach sytuacja zmienia się po obróbce np. jabłka gotuję lub zapiekam i już jest ok. W przypadku strączków to taka masakra, że lepiej nie opisywać. Jedynym sposobem, bym czasem mogła sobie na nie pozwolić, jest moczenie ich 24 godziny i gotowanie, w trakcie którego odlewam wodę wielokrotnie – wtedy jakoś daję radę, ale szału nie ma. Czasem pozwolę sobie na hummus, ale wtedy, gdy wiem, co już w danym dniu jadłam i na co mogę sobie pozwolić. Trochę z tym zabawy.

Jeśli myślisz, że mega zdrowe ciasto z fasoli jest dla wszystkich, to nic bardziej mylnego. „Kombo” strączki-cukier to zabójstwo! To chyba najbardziej doskwierająca mi brzuszna przypadłość…Patrzysz jak wszyscy jedzą miski warzyw i owoców, a ty możesz zjeść snickersa, bo po nim lepiej będziesz się czuć i nie zajdziesz w ciążę spożywczą… Dlatego właśnie kiedy czytam, że mięsożercy są tacy źli i nieświadomi, to ciut mi to doskwiera. Jeśli czytam, że jestem „zbłąkaną duszyczką”, to się zwyczajnie wkurzam. You know nothing veggie eaters!

Obecnie testuję enzymy Veggiegest firmy Enzymedica, które pomagają w trawieniu różnych grup warzyw i owoców, a także strączków. Widocznie sama nie wytwarzam dostatecznie dużo enzymów. Do końca życia nie zamierzam ich jednak brać, więc dalej walczę o swoje jelito. Mam nadzieję, że kiedyś bez strachu sięgnę po gruszkę, kalarepę lub zjem chilli sin carne Marty Dymek. 🙂

Moja dieta zmienia się wraz z moimi jelitami.

Po testach na nietolerancje pokarmowe i na początkowym etapie diety low-FODMAP pewne produkty poszły na jakiś czas w dostawkę (jaja, quinoa, niektóre ryby, większość orzechów, pomidory i in. warzywa).  Obecnie jestem po reintrodukcji, wiem, co muszę ograniczać i nadal się obserwuję, bo są dni, gdy nie jest różowo. Pewne zasady pozostają jednak niezmienne. Wiadomo, że ma być czysto, zdrowo (DLA MNIE zdrowo – bo to pojęcie względne), bezmlecznie, bezglutenowo i najlepiej bez rafinowanego cukru. Zazwyczaj nie jem fastfoodu, chemicznych sklepowych wynalazków, kupnych wędlin i słodyczy, choć nie mówię, że się nie zdarzało jak przypiliło;) Mam zasady i łamię zasady, bo głowa dla dobra jelit też musi czasem odpocząć i zrobić sobie wakacje. Jeśli kupuję gotowca, to czytam skład. Wiadomo, wszystko najlepiej zrobić samemu z najmniej przetworzonych, prostych produktów. Taki system żywienia sprawia, że szafki kuchenne pękają w szwach. O to moja SPIŻARNIA.

Strona korzysta z plików cookies, by móc świadczyć usługi, personalizować reklamy i analizować ruch na stronie. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, zmień ustawienia przeglądarki.  

Więcej informacji znajdziesz w POLITYCE PRYWATNOŚCI. AKCEPTUJ

Polityka prywatności i plików cookies